Close

Robert Sroka:
Etyka AI wymaga konsensusu
i partycypacji

W etyce biznesu i etyce technologii istotna jest skuteczność. Musimy wypracować takie mechanizmy, żeby wizja dobrego życia, na którą się umówimy, mogła zostać zrealizowana w praktyce. Rozmowa z dr. Robertem Sroką.

Maciej Chojnowski: W swojej ostatniej książce przekonujesz, że w obliczu najważniejszych dziś megatrendów społeczno-gospodarczych (rozwój AI, postępująca automatyzacja na rynku pracy, powstawanie nowych modeli biznesowych czy zmiany klimatyczne) najbardziej predestynowane do kształtowania, wdrażania i kontroli etycznych zasad prowadzenia biznesu są organizacje branżowe. Jednym z głównych argumentów na rzecz tej tezy jest tkwiąca u podstaw unijnego ładu ustrojowego zasada pomocniczości, dająca podmiotom niżej ulokowanym w strukturze państwa możliwość samoregulacji. Czy jednak gdy rynek nowych technologii jest w wielu przypadkach zmonopolizowany przez ponadnarodowe korporacje, organizacje branżowe są w stanie stworzyć zasady, które będą miały realny wpływ na reguły gry?

Robert Sroka*: Wbrew pozorom globalne korporacje starają się być aktywnymi członkami organizacji branżowych praktycznie w każdym kraju, w którym działają. Ale oczywiście niektóre zagadnienia etyczne wymagają regulacji międzynarodowych czy krajowych. Z drugiej strony są i takie, z którymi może poradzić sobie każdy pojedynczy przedsiębiorca. Niemniej gros zagadnień znajduje się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. W zasadzie pomocniczości chodzi o oddawanie władzy tym, którzy są w stanie najlepiej sobie poradzić z danym problemem – ani wyżej, ani niżej w hierarchii.

Zasada pomocniczości zaczęła przeżywać swój renesans w czasie pandemii COVID-19. Tam, gdzie instytucje państwowe nie były sobie w stanie dać rady czy z pomocą socjalną, czy z zaopatrzeniem szpitali, tam zadziałały instytucje pośrednie, czyli organizacje pozarządowe, charytatywne czy wspólnoty lokalne. Myślę więc, że zasada pomocniczości, która jest wpisana w ustrój Unii Europejskiej, ale też obecna w polskiej konstytucji, będzie wracała również w kontekście wyzwań gospodarczych.

W ostatnich latach różne problemy w tym obszarze pokazały, że sfera regulacyjna niekoniecznie działa. Na przykład RODO pojawiło się co najmniej piętnaście lat za późno. Podobnie regulacje, które mają nas ochronić przed katastrofą klimatyczną: dopiero teraz wchodzą w życie, podczas gdy tym problemem trzeba było się zająć już czterdzieści lat temu. W międzyczasie było dużo dyskusji na ten temat, wiele organizacji podejmowało różne działania lobbingowe czy edukacyjne. Więc potrzebujemy tej sfery pośredniej, która obecnie szybciej chwyta pewne wyzwania i zaczyna o nich rozmawiać.

Organizacje branżowe są gotowe podjąć się tego zadania?

Potrzebna jest większa sprawczość organizacji branżowych w radzeniu sobie z wyzwaniami społecznymi i środowiskowymi. Mam na myśli dwa wymiary. Po pierwsze, w całym systemie kształtowania przestrzeni gospodarczej trzeba inaczej rozłożyć akcenty. Szczególnie państwo powinno dać większą przestrzeń do działania samym organizacjom zrzeszającym przedsiębiorców. Po drugie, warto, aby same te organizacje dostrzegły nie tylko obowiązek, ale i korzyści z wzięcia na siebie większej odpowiedzialności za kształtowanie warunków (w tym zasad etycznych) prowadzenia działalności gospodarczej.

W kontekście samoregulacji przywołuje się często określenie soft law – w opozycji do hard law, czyli odgórnych regulacji tworzonych przez państwo. Jaki status ma samoregulacja? Należy jeszcze do dziedziny prawa, czy to już etyka?

Po pierwsze, nie zgodzę się, że prawo miękkie stoi w opozycji do prawa twardego. Prawo miękkie jest uzupełnieniem prawa twardego albo w ogóle elementem kształtowania kultury prawnej. Bo czy o jakości prawa świadczy tylko to, że za wszelką cenę staramy się osiągać zgodność z regulacjami, czy może też to, że większość społeczeństwa się z nim utożsamia i chce się do niego stosować, bo widzi w tym korzyść? Dla mnie obie te kwestie są ważne.

Należąca do obszaru soft law samoregulacja jest dobrowolnym przyjęciem pewnych zasad postępowania, które wiążą się również z samoograniczeniami. Inna rzecz to pytanie, przez kogo ta samoregulacja jest tworzona i jak jest egzekwowana. Bo trzeba jej zapewnić wiarygodność i uzasadnić racjonalność jej funkcjonowania. Ona musi być skuteczna i czemuś służyć.

To ważne w kontekście nowych technologii, bo te bardzo szybko się zmieniają. I patrząc historycznie, gdy w tym obszarze wprowadzano twarde prawo, to ono po pierwsze nie było sprawdzone, po drugie nie było dobrze skonsultowane, a po trzecie służyło pewnym partykularnym interesom, a nie dobru wspólnemu. Wreszcie po czwarte nie uwzględniało wielu niuansów działalności gospodarczej, czyli relacji, ograniczeń, sposobu prowadzenia biznesu. I w efekcie zamiast rozwiązywać problemy, to je generowało, utrudniając życie przedsiębiorcom.

Ujmując rzecz obrazowo: przy kształtowaniu nowych regulacji czy standardów dla biznesu potrzebujemy precyzji skalpela, w której skumulowana jest olbrzymia wiedza, doświadczenie i umiejętności, a nie rąbnięcia młotem trzymanym w nie zawsze kompetentnych rękach.

Jednak gdy siłą napędową samoregulacji są przedsiębiorcy, można zasadnie zapytać, dlaczego o naszym uniwersum społecznym ma decydować grupa ludzi, którzy – w przeciwieństwie do polityków – nie zostali wybrani w demokratycznych wyborach.

Współcześnie mamy rozproszone ośrodki decyzyjne. Co prawda od kilku lat w Polsce, na Węgrzech czy w Stanach Zjednoczonych za rządów Trumpa próbowano wrócić do koncepcji państwa silnego i przywrócić rolę administracji państwowej jako centrum decyzyjnego. Ale dziś tak już nie funkcjonujemy jako państwo, gospodarka czy społeczeństwo.

Edwin Bendyk w swojej książce pokazał, na czym polega to rozproszenie ośrodków decyzyjnych na przykładzie Ostrołęki. Państwo zdecydowało, że będzie budować duży blok energetyczny w tradycyjnej technologii opartej na węglu. I co się wydarzyło? Inwestorzy powiedzieli, że przyszłość to energia odnawialna. I ten, wydawałoby się, silny państwowy ośrodek decyzyjny, do którego chciano wrócić, został zniwelowany przez ośrodek decyzyjny w postaci inwestorów.

Wiele jest takich sytuacji. Reguły funkcjonowania w społeczeństwie to wynik pewnego konsensusu i tarcia między różnymi grupami interesów z obszarów społecznego, gospodarczego i administracji. W przestrzeni gospodarczej istotne są nie tylko organizacje branżowe, ale też społeczne, a także kompetentna administracja i głos innych interesariuszy. Szeroka partycypacja jest tu niezwykle ważna.

Państwo bez konsultacji z rynkiem czy NGO-sami może pobłądzić, ale z drugiej strony samoregulacja, szczególnie w obszarze technologii, budzi różne zastrzeżenia co do swojej efektywności. Czy relacje pomiędzy państwem, przedsiębiorcami i organizacjami obywatelskimi da się tak ułożyć, żeby zapewnić właściwy układ sił?

To nie jest łatwe do zrobienia i tutaj nie ma co idealizować. Wracając do zasady pomocniczości: trzeba oddać władzę na ten poziom, który jest w stanie sobie poradzić z danymi problemami. Bo rzecz nie w tym, żeby państwo abdykowało, ale we właściwej sekwencji działania.

Jeśli więc mamy jakieś wyzwanie etyczne w przestrzeni gospodarczej i organizacje branżowe podjęłyby się wypracowania samoregulacji bardziej aktywnie, niż robią to teraz, to wtedy państwo nie powinno się wtrącać. Organizacja branżowa sobie radzi, są odpowiednie mechanizmy monitorowania, wdrażania, nadzorowania i karania tych, którzy się do niej nie stosują. Społeczeństwo jest wtedy zabezpieczone przed potencjalnymi negatywnymi skutkami. I tu mamy samoregulację.

Ale jest też współregulacja, gdy państwo mówi: to jest problem, który wykracza poza możliwości organizacji branżowej w ramach samoregulacji. Dlatego zróbmy wspólnie regulację, ale za jej przestrzeganie będzie odpowiedzialna właśnie organizacja branżowa.

Jest i trzecia możliwość, gdy państwo widzi, że w jakimś zakresie gospodarki samoregulacja ani współregulacja ewidentnie nie działają. I dopiero wtedy zajmuje się regulacją.

Chodzi zatem o właściwą sekwencję zdarzeń, tak żeby wzmocnić organizacje branżowe, które mają prawne możliwości działania oraz doświadczenie.

Niemniej pomysł samoregulacji w kontekście nowych technologii często spotyka się z krytyką jako prosta droga do nadużyć. Luciano Floridi wymienia w tym kontekście takie negatywne zjawiska, jak m.in. ethics bluewashing, czyli wykorzystywanie etyki do manipulacji wizerunkowej, czy ethics dumping, czyli zachowywanie pozorów etyczności poprzez eksport nieetycznych zachowań do krajów, gdzie pewne standardy w ogóle nie występują bądź są minimalne. Czy istnieje sposób przeciwdziałania takim zjawiskom w skali globalnej?

Po pierwsze, samoregulacja nie jest lekiem na całe zło. Po drugie, wydaje mi się, że w kontekście globalnych problemów związanych z etyką biznesu samoregulacja jest bardziej skuteczna niż regulacja.

Weźmy outsourcing, który rozwijał się od lat 80., a apogeum osiągnął na początku nowego milenium. Wiele firm zachodnich wyeksportowało wtedy „brudną” część swojej działalności do krajów azjatyckich, gdzie standardy przestrzegania praw człowieka, praw pracowniczych, ochrony środowiska, BHP czy przeciwdziałania korupcji były na bardzo niskim poziomie. Zrobiono to, żeby zmniejszyć koszty prowadzenia działalności, a zwiększyć zyski, i nie musieć przejmować się wyższymi standardami pracy czy ochrony środowiska, które są w Europie Zachodniej czy w USA.

Oczywiście w rezultacie pojawiły się problemy związane z łamaniem praw człowieka, zatruwaniem środowiska i korupcją, które skutkowały wieloma wypadkami, pożarami czy śmiercią pracowników.

I te problemy jako pierwsze zidentyfikowały i starały się rozwiązać organizacje pozarządowe. Poszczególne branże określiły wtedy pewne minimum postępowania, wprowadziły audyty, i powoli standardy etyczne zaczęły się podnosić.

A państwa?

Dopiero niedawno Austria jako pierwszy kraj zakazała importu produktów, które powstały z wykorzystaniem pracy niewolniczej. Więc po czterdziestu latach, odkąd mamy dynamiczny rozwój outsourcingu, pojawiło się pierwsze takie prawo. Z kolei Komisja Europejska dopiero pracuje nad zasadami due diligence w zakresie praw człowieka w łańcuchu dostaw. A zatem wiele organizacji branżowych i trzeciego sektora stara się rozwiązać problemy etyczne na poziomie samoregulacji, zanim zrobi to twarde prawo.

Podobnie jest w obszarze technologii. Tutaj jesteśmy trochę mądrzejsi po doświadczeniach gospodarczych z innych sektorów czy tych związanych z outsourcingiem. Spójrzmy na projekt Komisji Europejskiej dotyczący regulacji AI z kwietnia tego roku, który wskazuje cztery kategorie ryzyka. Te najwyższego ryzyka mają podlegać regulacjom i sankcjom, natomiast pozostałe Komisja oddaje pod regulację w ramach kodeksów czy to poszczególnych firm, czy całych branż. Co istotne, w projekcie jest też informacja o tym, że technologie, które będą importowane do krajów UE, również muszą podlegać tym samym zasadom.

Tak więc powoli się uczymy, natomiast rzeczywiście często jest tak, że dochodzi do bluewashingu czy eksportowania tych „brudnych” działań. Ale to niestety nic nowego.

Johannes Himmelreich twierdzi, że patrzenie na problemy technologii wyłącznie przez pryzmat etyki zbyt często redukuje odpowiedzialność do poziomu jednostkowego. Dlatego sugeruje zwrot w kierunku filozofii politycznej, w której refleksja skupia się bardziej na podmiotach ponadindywidualnych. Kiedy myślimy na przykład, jak miałyby funkcjonować pojazdy autonomiczne, to wówczas narzuca się pytanie, kto w imieniu społeczności powinien tu podejmować decyzje. Czy Twoim zdaniem zasada pomocniczości to właściwa odpowiedź także na ten problem?

To bardzo dobrze rezonuje z definicją etyki Paula Ricoeura, która mówi, że jest to wizja dobrego życia z innymi i dla innych w sprawiedliwych instytucjach społecznych. W tej definicji mamy wątek i filozofii polityki, i etyki. W filozofii polityki jest pewna wizja funkcjonowania społeczeństwa i państwa, a w etyce również mówimy o wizji dobra wspólnego.  

Wspólnota to wszystko, co tworzy naszą rzeczywistość, czyli administracja państwowa, organizacje branżowe i pozarządowe, a także religijne. Mamy też autorytety oraz – czego trochę mi brakuje w dyskursie biznesowym i w kontekście polityki nowych technologii – zbiorowość naukową, o której nie możemy zapominać.

Sprawiedliwe instytucje społeczne, o których mówił Ricoeur, to nic innego jak właśnie te wszystkie mechanizmy, które budujemy wspólnie z administrację państwową, organizacjami branżowymi i pozarządowymi, edukacyjnymi i tak dalej. Więc myślenie polityczne idzie tutaj w parze z myśleniem etycznym.

W etyce biznesu i etyce technologii, czyli etykach stosowanych, istotna jest ich skuteczność. Musimy wypracować takie mechanizmy, żeby ta wizja dobrego życia, na którą się umówimy, mogła zostać zrealizowana. A ona da się zrealizować tylko wtedy, kiedy będziemy w stanie przełożyć ją na praktykę, co jest możliwe dzięki myśleniu politycznemu, czyli systemowemu. Zawarta w mojej książce propozycja zwrócenia uwagi na organizacje branżowe jest właśnie jedną z takich propozycji myślenia systemowego. Jestem też przekonany, że obok miast, będą one odgrywały ważną rolę w kształtowaniu nowej umowy społecznej, której potrzebujemy, żeby poradzić sobie z wyzwaniami technologicznymi, klimatycznymi czy demograficznymi.

Załóżmy zatem, że organizacje branżowe będą chciały kształtować naszą rzeczywistość dla dobra wspólnego. Jednak obiekt marzeń większości startupowców – disruptive innovation – polega na tym, żeby zrobić coś, co rozsadzi reguły gry rynkowej. W połączeniu z drugim charakterystycznym mechanizmem zapewniającym sukces, czyli skalowalnością, w gospodarce cyfrowej zwycięża firma, która pierwsza zdominuje rynek. Tymczasem stowarzyszenia branżowe tworzy wiele firm z dość długą historią. Czy ludzie, którzy chcą zrewolucjonizować biznes, nie stają się w takim układzie renegatami, którzy nie pasują do reszty branży?

Myślę, że koncepcje, o których wspominasz, są z jednej strony teoretyczne, a z drugiej pokazują jedynie niewielki wycinek rzeczywistości. Przecież mamy całą masę drobnych innowacji w poszczególnych branżach, jak medycyna, sektor spożywczy czy telekomunikacyjny. Wiele startupów wymyśla rzeczy, które są stosowane na lokalnych rynkach albo w wąskiej specjalizacji, więc to nie jest tak, że zwycięzca bierze wszystko i dominuje nad całym sektorem.

Oczywiście mamy też Google’a, Facebooka czy Amazona. Ale jednak na poszczególnych rynkach, przynajmniej jeśli chodzi o dystrybucję czy logistykę, wciąż działa wiele firm w różnych modelach, wykorzystujących różne technologie. I to jest właśnie przestrzeń dla organizacji branżowych do edukacji i ustalania pewnych standardów. Z kolei dla startupów organizacje branżowe to doskonałe środowisko do budowania networkingu biznesowego.

To prawda, że w dobie cyfrowej nie wszystko sprowadza się do disruptive innovation. Jednak istnieją ogromne obszary, jak choćby wyszukiwarki czy reklama internetowa, zdominowane przez tych, którzy wygrali i ustalili zasady gry. Czy zatem w przypadku tych megatrendów, o których piszesz w książce, nie jest tak, że kilka dużych globalnych firm nie będzie miało ochoty nic zmieniać, bo to one są rzeczywistością i prawem?

Zgoda. Ci duzi i ci, którzy rzeczywiście mają te przełomowe technologie, wyznaczają zasady gry. Weźmy rynek e-commerce, który jest dopiero na początku drogi i zmieni całkowicie handel oraz wyzwania gospodarcze, które się z nim wiążą. Kiedyś mieliśmy bezpośrednie relacje między sprzedającym a kupującym, a teraz o tym, kto i gdzie będzie sprzedawał, decydują algorytmy platformy pośredniczącej.

Czy klienci są świadomi, w jakiej grze biorą udział? Czy sposób komunikowania zasad działania jest transparentny? Tu jest wiele kwestii do dyskusji. Pytanie, kto ma ją rozpocząć. Raczej nie platformy, bo one mają swój interes w tym, żeby nic nie zmieniać. Czy więc rozpocznie ją instytucja nadzorująca, czyli któreś z ministerstw, argumentując, że dostrzega ryzyko zaburzenia zasad wolnego rynku? Na razie nie widać, żeby coś takiego się działo.

Ale w całym ekosystemie e-commerce jest też dużo mniejszych graczy, głównie po stronie sprzedających, którzy chcą takiej dyskusji. I organizacje branżowe wydają się właściwym miejscem, żeby ją prowadzić. W branży e-commerce będzie coraz więcej innowacji. Te nowe mechanizmy bardzo szybko się rozwijają – również lokalnie. A nawet gdy chodzi o rozwiązania globalne, to i tak są one stosowane przez polskie firmy i dotyczą polskich konsumentów.

Obecnie te tematy są trochę bezpańskie. Nie ma wokół nich wielkiej debaty i obawiam się, że jeśli tak dalej pójdzie, to skończy się na dużej odgórnej regulacji. Tylko że ona niekoniecznie zadziała ani nie będzie wspierała rozwoju innowacyjnego biznesu.

W książce piszesz, że w przypadku polskich organizacji branżowych zainteresowanie etyczną samoregulacją jest ograniczone. Widać to szczególnie w przypadku nowych technologii. Być może chodzi więc o to, że przedsiębiorcy po prostu czekają na standardy wypracowane przez międzynarodowe organizacje typu IEEE albo wręcz na twarde prawo UE, jak AI Act. Innymi słowy: czy nie jest tak, że nie bardzo mamy ochotę na refleksję moralną? Lepiej niech prawnik powie, że wszystko gra. Wtedy odhaczymy i problem z głowy.

Ale w projekcie AI Act Komisja Europejska mówi wprost: regulujcie się sami, to znaczy twórzcie kodeksy. Dajemy wam klasyfikację czterech poziomów ryzyka. Tam, gdzie koniecznie trzeba interweniować przepisami, to tak robimy. Ale są też takie obszary, gdzie choć dostrzegamy pozytywy technologii, to zauważamy też negatywne konsekwencje. Dlatego pewne ograniczenia na poziomie samoregulacji muszą być tutaj przyjęte czy to przez firmy, czy przez organizacje branżowe. Zastosowanie zasady pomocniczości w kontekście technologii jest więc w UE na poziomie formalnym bardzo widoczne.

To poziom formalny. A co z praktyką?

Jak widać, Komisja nie chce regulować wszystkiego. Więc musimy ten wysiłek podjąć, żeby się jakoś bronić przed negatywnymi skutkami. Niemniej lenistwo często wygrywa. Dlatego wskazując na organizacje branżowe, proponuję rozwiązanie systemowe, które nie będzie uzależnione od zupełnej dobrowolności. Bo jeśli organizacje branżowe podejmą się samoregulacji w zakresie etyki i powstanie standard, który będzie stosowany przez jedną, drugą czy trzecią firmę, to kolejnej już głupio będzie się nie zastosować.

To się już zresztą sprawdza w niektórych organizacjach. Choćby Związek Przedsiębiorstw Finansowych, Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych czy Związek Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych Infarma z powodzeniem stosują te modele. Stosują również mechanizmy bezpieczeństwa. Jest komisja, która składa się nie tylko z członków izby, ale również z zewnętrznych interesariuszy. Są wymagania certyfikacyjne. Trzeba przechodzić audyty etyczne i stosować zasady samoregulacyjne, bo inaczej jest się usuniętym z izby. Takie mechanizmy mogą być skuteczne.

Ale żeby tak było, to muszą to być rozwiązania instytucjonalne. Izba musi wziąć na siebie odpowiedzialność, mieć właściwych ludzi, zapewnić im narzędzia i środki.

Pisząc o kodeksach etycznych, wskazujesz, że są one tylko punktem wyjścia do stworzenia większej infrastruktury etycznej i to dopiero ona zapewnia możliwość etycznego działania. Czy zgodzisz się, że unijne wytyczne dotyczące godnej zaufania AI należy traktować jako odpowiednik takiego kodeksu etycznego i że są one dopiero wstępem do dalszych prac?

Ten dokument wskazuje zasady minimalne. Jak w koncepcji Michaela Walzera: jako wspólnota musimy się zgodzić na pewne moralne minimum, które dopiero potem uszczegóławiamy.

Unia Europejska ma swoją Kartę Praw Podstawowych. W wytycznych dotyczących AI te zasady są ujęte w kontekście technologicznym, bo etyka stosowana nie może poprzestać na haśle, że powinniśmy bronić wolności czy godności ludzkiej. To jest punkt wyjścia, który w ramach ustalenia kodeksów branżowych musi być uszczegóławiany, żeby nadawał się do zastosowania. Dlatego właśnie do kodeksów robi się różne suplementy, dodaje certyfikacje, odświeża się je, bo to nie są wyryte w kamieniu zasady.

Tej pracy nikt za nas nie wykona. Bo choć zasady etyczne czasem kształtują się bezwiednie, to w obszarze działalności gospodarczej, zwłaszcza w kontekście szybko rozwijających się technologii, muszą istnieć mechanizmy umożliwiające dynamiczne prowadzenie dyskusji, czyli kształtowanie tego refleksu etycznego, o którym piszę w książce.

 

* Dr Robert Sroka – dyrektor ds. odpowiedzialnego inwestowania na Europę Środkową w Abris Capital Partners. Współpracownik Katedry Przedsiębiorczości i Etyki w Biznesie Akademii Leona Koźmińskiego. Od 15 lat zajmuje się etyką biznesu, odpowiedzialnym inwestowaniem i prawami człowieka. Doświadczenia zawodowe zdobywał pracując m.in. w EY w Zespole Zarządzania Ryzykiem Nadużyć oraz Zespole Zmian Klimatu i Zrównoważonego Rozwoju. Autor książek „Nieodkryci przywódcy współczesnej etyki biznesu” oraz „Etyka i prawa człowieka w biznesie. W poszukiwaniu metody”. Od 2009 zapraszany przez administrację centralną do licznych grup roboczych i ciał eksperckich. Członek Grupy Roboczej ds. Etyki i Prawa Sztucznej Inteligencji w Ministerstwie Cyfryzacji oraz Grupy Roboczej ds. Sztucznej Inteligencji działającej przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Skip to content