Close

Smart cities i etyka
– od solucjonizmu do zrównoważonego rozwoju

W minionych latach idea inteligentnych miast nie raz zbliżała się do technokratycznej utopii, w której ludzie stawali się zakładnikami cyfrowych rozwiązań. Dziś w centrum koncepcji smart cities coraz częściej znajdują się mieszkańcy i ich realne potrzeby. W odpowiedzialnym podejściu do cyfrowej transformacji metropolii pomaga myślenie w kategoriach etyki technologii.

Zachwyt nad możliwościami nowych cyfrowych narzędzi, jak sztuczna inteligencja, internet rzeczy czy big data, zrodził pomysł smart city – inteligentnego miasta, w którym zintegrowane systemy ICT pomagają w efektywniejszym zarządzaniu infrastrukturą czy usługami. Takie inteligentne rozwiązania miały znaleźć zastosowanie m.in. w transporcie, administracji, gospodarce odpadami czy lepszym nadzorze i poprawie bezpieczeństwa.

Sama koncepcja smart city mogła się odnosić bądź to do nowej warstwy technologicznej nadbudowanej nad już istniejącymi komponentami systemów zarządzania miastem, bądź też łączyć z ambitnym planem budowy zupełnie nowych inteligentnych dzielnic czy nawet całych ośrodków miejskich.

W pułapce uproszczeń

O smart metropoliach myślano głównie w kategoriach technologicznych. Kluczowym kryterium była optymalizacja, co odzwierciedlało technokratyczny rodowód samego pomysłu. Takie podejście do zarządzania miastem, jak zauważa Rob Kitchin, zasadza się na przekonaniu, że dane mogą być bezproblemowo wyabstrahowane z rzeczywistości za pomocą systemów informatycznych, a przy tym są one obiektywne i neutralne.

To punkt widzenia charakterystyczny dla solucjonizmu (termin Evgeny Morozova) – postawy, która upatruje w technologii recepty na wszystkie problemy, a zarazem redukuje wielowymiarową złożoność świata do uproszczonego, mechanistycznego modelu. Tak naprawdę bowiem, przekonuje Kitchin, dane, które zdobywamy na temat rzeczywistości, są zawsze wybiórcze, nierzadko stronnicze i w żadnym razie nie stanowią pełnego odwzorowania tego, co realne.

Niewolnicy rankingów

Nic więc dziwnego, że technooptymistyczna wizja zwolenników smart cities zaczęła z czasem napotykać na coraz więcej zastrzeżeń ze strony przedstawicieli nauk społecznych czy ruchów miejskich, które dostrzegały w niej świetną ilustrację konfliktu interesów charakterystycznego dla neoliberalizmu.

Po jednej stronie mamy tu bowiem firmy technologiczne zainteresowane jak najszerszą sprzedażą swoich rozwiązań bez konieczności ich żmudnego dopasowywania do lokalnej specyfiki, po drugiej zaś mieszkańców, dla których kluczowe jest uwzględnienie ich potrzeb i rozwiązywanie realnych problemów. Pomiędzy nimi znajdują się natomiast włodarze miast, którzy w swoich decyzjach powinni dbać przede wszystkim o interesy drugiej z wymienionych grup, a zarazem umiejętnie wykorzystywać nowatorskie rozwiązania.

Niestety, pogodzenie nierzadko sprzecznych interesów tych trzech grup nie jest łatwe, szczególnie gdy władze postrzegają nowe technologie głównie w kategoriach prestiżu. Wówczas kwestia realnej użyteczności rozwiązań schodzi na drugi plan, a pierwszorzędnego znaczenia nabiera obecność w rankingach oraz przyciągnięcie jak największej liczby inwestorów.

Przez pryzmat etyki

Tymczasem, jak przekonują badacze z Oxford Internet Institute, o tym, że jakieś miasto rzeczywiście zasługuje na miano inteligentnego, decydują różne czynniki:

Obecność infrastruktury sieciowej, która umożliwia efektywne zarządzanie, i zaangażowanie biznesu w rozwój miasta mają tutaj oczywiście zasadnicze znaczenie. Nie mniej istotna jest jednak koncentracja na zwiększeniu dostępności usług publicznych dla wszystkich mieszkańców oraz pomnażanie kapitału społecznego. Kluczowe jest również traktowanie środowiska naturalnego jako strategicznego elementu długoterminowego rozwoju miasta.

Zdaniem naukowców taki szerszy od czysto technologicznego punkt widzenia pozwala łatwiej zidentyfikować główne obszary etycznego ryzyka dotyczące projektów smart cities.

Przepis na inwigilację

I tak w przypadku infrastruktury sieciowej występuje kilka typów problemów. Przede wszystkim chodzi o integrację danych, które do tej pory były rozproszone. Będąca jej rezultatem centralizacja może skutkować przesunięciem środka ciężkości w obszarze decyzyjnym – dane trafiając do centrów sterowania znajdą się w zasięgu prywatnych firm odpowiedzialnych za dostarczenie i utrzymanie systemów informatycznych, co grozi nadużyciami.

Kolejny problem to monitorowanie zachowania populacji w przestrzeni miejskiej, które choć w teorii ma służyć optymalizacji zarządzania, może łatwo przekształcić się w nieograniczoną kontrolę społeczną prowadzoną bez wiedzy instytucji państwowych władnych wydawać zgodę na inwigilację.

Rozbudowana infrastruktura smart city (kamery, czujniki czy inne urządzenia rejestrujące aktywność mieszkańców) oraz słabe zabezpieczenie połączeń sieciowych to z kolei ryzyko zarówno zwiększenia liczby cyberataków, jak i zagrożenie dla prywatności użytkowników (np. poprzez śledzenie, profilowanie czy niechciane interakcje marketingowe).

Wszystkie te niebezpieczeństwa mogą ostatecznie doprowadzić do spadku zaufania mieszkańców wobec technologii instalowanych w przestrzeni publicznej, co przyniesie skutek odwrotny od celów przyświecających koncepcjom smart city.

Rządy w dobie postpolityki

Drugi obszar problemów dotyczy samych mechanizmów zarządzania w inteligentnych miastach. Wspomniana wcześniej integracja danych z różnych systemów może dać prywatnym dostawcom usług dostęp do informacji, którymi dotychczas – i to w formie rozproszonej – dysponowali tylko rządzący. Jeśli dodać do tego automatyzację w podejmowaniu decyzji, która charakteryzuje narzędzia wyposażone w AI oraz nieprzejrzystość działania niektórych systemów opartych na zaawansowanych algorytmach, wówczas skutkiem może być problem z przypisaniem odpowiedzialności za podejmowane decyzje i kryzys legitymizacji władzy.

Badacze z Oxford Internet Institute określają ten stan mianem zarządzania w realiach postpolityki. Chodzi o sytuacje, gdy usługi wcześniej zarezerwowane dla instytucji publicznych (lub przezeń regulowane), zostają przejęte przez sektor prywatny, który zarazem gromadzi dane na temat populacji, a następnie wykorzystuje je do monopolizowania rynku.

Zwiastuny tego typu problemów widać dziś dobrze na przykładzie międzynarodowych firm działających w wielu miastach w obszarze przewozu osób czy wynajmu nieruchomości. Ich nieograniczony rozwój odbywający się wyłącznie w zgodzie z logiką rynkową może prowadzić do zaburzenia ekosystemów miejskich, w których oprócz przyrostu kapitału obowiązują też inne kryteria, jak np. te dotyczące dobrostanu mieszkańców czy rynku pracy.

Za biedni na smart city?

Trzecia grupa problemów dotyczy inkluzywności. Nadmierne poleganie na technologii w zarządzaniu miastem bez uwzględnienia kontekstu, którego dotyczą podejmowane decyzje, może skutkować arbitralnością i marginalizacją różnych grup społecznych. I nie chodzi tu wyłącznie o osoby mniej zaawansowane cyfrowo. Problem dotyczy również samego mechanizmu partycypacji. Mieszkańcy powinni mieć bowiem możliwość czynnego kształtowania kierunku rozwoju miasta, a nie być sprowadzani do roli uczestników plebiscytu, którzy mogą jedynie wybierać spośród odgórnie wskazanych opcji.

Problem inkluzywności w przypadku smart cities łączy się także ze zjawiskiem gentryfikacji, czyli wypieraniem gorzej sytuowanych mieszkańców dzielnicy czy miasta w związku z prywatnymi inwestycjami. Wzrost cen nieruchomości i usług jest korzystny dla biznesu i władz, bo daje im wyższe przychody oraz podnosi lokalny prestiż, jednak może działać destrukcyjnie na standard życia społeczności od lat zamieszkującej dany rejon.

Lokalnie ekologiczne

Wreszcie ostatni obszar problemowy, czyli tworzenie rozwiązań smart city w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Choć jest to jeden z priorytetów ONZ-owskiej agendy SDG i jako taki powinien być kluczowym kryterium oceny projektów spod znaku smart city, jego realizacja może być bardzo problematyczna. Przy czym rzecz nie sprowadza się wyłącznie do kwestii ekonomicznych, czyli ryzyka, że dla dostawców rozwiązań wydajność okaże się istotniejsza od lokalnych spraw społecznych czy środowiskowych. Na problem oddziaływania technologii na ekosystemy społeczne i naturalne wypada bowiem spojrzeć w szerszym – globalnym – kontekście.

Choć może być to na co dzień niedostrzegalne dla mieszkańców zachodnich metropolii, rozwój technologii informatycznych wiąże się z wielkimi kosztami zewnętrznymi. Chodzi zarówno o zużycie energii potrzebne do zasilania infrastruktury obliczeniowej, jak i dewastację środowiska związaną z wydobyciem metali rzadkich niezbędnych do produkcji elektroniki czy ślad węglowy wynikający z transportu podzespołów. A wreszcie – o warunki, w jakich tysiące ludzi w odległych zakątkach globu pracują, by dostarczyć surowce niezbędne do wytworzenia materialnych komponentów cyfrowych narzędzi. Abstrahowanie od tych problemów pozwoli zapewne uznać niektóre inteligentne rozwiązania za ekologiczne na poziomie lokalnym, jednak globalny rachunek zysków i strat pozostanie dużo mniej optymistyczny.

Smart sceptycyzm

Nawet tak ogólny przegląd problemów etycznych związanych z ideą smart city pozwala dostrzec, że rzetelna realizacja projektów z tego obszaru to poważne wyzwanie. Być może rosnąca świadomość złożoności problemu sprawiła, że w ostatnim czasie o pomysłach związanych z budową inteligentnych miast mówi się z nieco mniejszym entuzjazmem niż jeszcze kilka lat temu.

Ten sceptycyzm wobec technooptymistycznych wizji może mieć jednak także inne, bardziej przyziemne przyczyny. Okazuje się bowiem, że nawet stosunkowo mało skomplikowane projekty dotyczące inteligentnego zarządzania miastem mogą w praktyce nastręczać wielu trudności. Dobrze opisuje je raport przygotowany w 2019 r. w ramach projektu SHERPA dotyczący różnych inicjatyw z obszaru smart city podejmowanych w kilku europejskich miastach (m.in. w Kopenhadze, Amsterdamie i Helsinkach), z których większość zajmowała wysokie miejsca w międzynarodowych rankingach inteligentnych metropolii.

Autorzy opracowania twierdzą, że na niezbyt wysoki stopień zaawansowania projektów smart city wpływają przede wszystkim: problemy z dostępnością i odpowiedniością (accuracy) potrzebnych danych, niepewność co do poprawności rekomendacji w przypadku dalszego rozwoju inteligentnych systemów oraz kwestia własności używanych danych (chodzi o to, kto miałby nimi dysponować: mieszkańcy, miasto czy firmy). Za kluczowy warunek powodzenia prac w tym obszarze badacze uważają transparentną współpracę wszystkich interesariuszy.

Projektowanie według wartości

Wiele wskazuje na to, że czas utopijnych narracji dotyczących inteligentnych miast mamy już za sobą. Bogatsi w doświadczenia i coraz bardziej świadomi wyzwań dotyczących odpowiedzialnego rozwoju innowacji ostrożniej podchodzimy do obietnic szybkiego rozwiązywania wyzwań współczesności za pomocą samej technologii.

Warto jednak, by krytyczny dystans wobec nierealnych technokratycznych obietnic nie skutkował porzuceniem działań na rzecz bardziej sprawiedliwego wprzęgnięcia cyfrowych rozwiązań w nasz wspólny świat. Dlatego inicjatywy dotyczące etycznego projektowania i wdrażania nowych technologii powinny się dziś skupić na konkretnych zastosowaniach. Przetestowanie i upowszechnienie metod projektowania zgodnie z wartościami pozwoli trafniej identyfikować obszary ryzyka w przypadku projektów smart city, a także lepiej radzić sobie z ich rozwiązywaniem. To dużo lepsze od szumnych zapowiedzi z rozczarowującym finałem. 

Źródła:

Skip to content